Sven Hannawald nawet nie spoglądając na zegarek wiedział, że od dobrych czterdziestu pięciu minut tępo spogląda w sufit. Wzięcie tabletki nasennej nie wchodziło jednak w grę, medykamenty mogą przecież zwiotczać mięśnie, a on za kilka godzin musi być w najwyższej formie. Sięgnął więc po telefon i wykręcił numer, który w ostatnich kilku miesiącach wybierał nadzwyczaj często. – Sven? Coś się dzieje? – usłyszał po chwili w słuchawce. – Tak, nie mogę zasnąć. To wszystko zaczyna mnie przytłaczać – odpowiedział. – Będę u ciebie za godzinę – rozmówca odłożył słuchawkę.

To zakrawa na ironię losu. Przed nim w historii Turnieju Czterech Skoczni było siedmiu zawodników, którzy wygrali pierwsze trzy konkursy, ale w ostatnim nie wytrzymywali presji. Ciśnienie to wytrzymał natomiast człowiek, który już wtedy zaczął sypać się psychicznie.

Sven Hannawald u progu największego sukcesu

Zaczynało już świtać gdy samochód prowadzony przez Hansa Eberspachera parkował przed hotelem w Garmisch-Partenkirchen. Z Hannawaldem poznał się wiosną 2001 roku. 44-letni wówczas profesor psychologii przed tamtym sezonem zadania miał dwa: pomóc skoczkowi udźwignąć presję i przenieść dobrą dyspozycję z treningów na konkursy, ale przede wszystkim podnieść go po trudnym sezonie 2000/2001, którego nie ukończył.

Hannawald był wtedy krańcowo wychudzony, ważył niewiele ponad 60 kilogramów przy 185 cm wzrostu, co było już objawem anoreksji. Miał też pierwsze problemy z motywacją. Trener Niemców Reinhard Hess przy butelce wina powiedział mu, że nie będzie musiał brać udziału w ostatnich konkursach. Dał mu czas, aby zebrał się do kupy przed sezonem olimpijskim. Pomogło.

Niemcy nie mieli pojęcia, że ich idol musi korzystać z pomocy psychologa. Dla kibiców i mediów był kimś w rodzaju herosa bez skazy.

Telewizja RTL, która rok wcześniej za rekordowe wówczas 70 milionów dolarów kupiła pięcioletnie prawa do Turnieju Czterech Skoczni, reklamowała zawody hasłem „Sprung in die Ewigkeit” (tłum: Skok dla potomności – przyp. kz.) i notowała rekordy oglądalności. Władze stacji zrobiły sobie z Hannawalda, twarz reklamową. Trudno się dziwić: za wielomilionową widownią szły jeszcze większe kontrakty reklamowe.

Zamówień było tak dużo, że musieliby dwukrotnie przedłużyć bloki reklamowe, czego zabraniało niemieckie prawo. Stacja jednak w sprytny sposób obeszła ten przepis. W trakcie konkursu w Bischofschofen, widzowie często serwowane mieli podzielenie ekranu: z jednej strony cały czas można było oglądać skoki, ale z drugiej leciały już reklamy. Był to pierwszy taki przypadek w całej historii niemieckiej telewizji.

Nawet takie zagrania nie zniechęcały jednak Niemców do bicia rekordów oglądalności. Według różnych danych, ostatni konkurs 50. Turnieju Czterech Skoczni oglądało w kulminacyjnych punkcie od 16 do 17 milionów ludzi.

Do dziś nikomu nie udało się zbliżyć do tego rekordu. Nawet reprezentacja Niemiec w piłce nożnej, która w 2014 wygrywała mistrzostwa świata, zgromadziła o dwa miliony widzów przed telewizorami mniej, niż wychudzony skoczek z Hinterzarten.

Turniej Czterech Skoczni

Są w świecie sportu zawody owiane legendą. Imprezy, które chce wygrać każdy, choć triumfator nie otrzymuje złotego medalu, nie jest tytułowany mistrzem olimpijskim, czy mistrzem świata. W świecie skoków narciarskich takim wydarzeniem jest Turniej Czterech Skoczni. Tu nie można liczyć na łut szczęścia. Ono jest oczywiście potrzebne, ale najważniejsza jest równa i wysoka forma oraz umiejętność radzenia sobie z presją.

Po latach w rozmowie z oficjalnym serwisem FIS-u przyzna to zresztą sam Hannawald: – Dla mnie Turniej Czterech Skoczni jest ważniejszy niż igrzyska olimpijskie, bo tutaj trzeba udowodnić swoją wartość w czterech konkursach. Jeden dobry dzień nie wystarczy.

Jednak to nie Niemiec był faworytem tamtego turnieju. Był nim Adam Małysz. Skoczek z Wisły, zanim przyjechał do Oberstdorfu, wygrał od początku sezonu aż sześć z dziewięciu konkursów indywidualnych.

W Oberstdorfie wydarzyło się jednak coś niespodziewanego. Małysz łapie zadyszkę formy, jest dopiero piąty. Hannawald natomiast rezygnuje z udziału w kwalifikacjach, pokonuje w parze Andreasa Widhölzla, dwa razy odpala po 122 m i nie pozostawia rywalom złudzeń. Drugi Martin Höllwarth traci do niego osiem punktów.

Sztab reprezentacji, widząc jaka presja wytworzyła się po wygranej w Oberstdorfie, stara się za wszelką cenę odciąć od tego zgiełku swojego lidera. Kontakty z mediami zostają ograniczone tylko do obowiązkowych kilku minut pod skocznią i konferencji prasowej, rzecznik niemieckiej kadry dba nawet o to, aby Hannawald nie miał kontaktu z tłumami kibiców proszącymi o pamiątkowe zdjęcia. Chodzi o uniknięcie pytań, „czy wygra”. Ze skoczni od razu zawożony jest do hotelu.

Haaaaani! Leeeeeć!

W Garmisch-Partenkirchen scenariusz się powtarza. Hannawald po dwóch udanych seriach treningowych odpuszcza kwalifikacje. Razem z kolegami z reprezentacji idzie na kolację sylwestrową, po północy wypija lampkę szampana i kładzie się do łóżka.

Niespokojny budzi się około trzeciej. Później każda kolejna noc, aż do zakończenia turnieju będzie wyglądać podobnie. Pobudka w środku nocy, spacer po hotelowym korytarzu, aż w końcu telefon do Hansa. Jego psycholog przyzna po latach, że Hannawald przechodził wówczas nerwicę. Miał również stany lękowe.

Nieprzespana noc nie przeszkadza mu jednak w odniesieniu drugiego zwycięstwa. W Ga-Pa. W obecności ponad 30 tysięcy kibiców i w akompaniamencie przeraźliwego pisku tłumu „Haaaaani Leeeeeeć” pokonuje Widhölzla i Małysza.

Trzy dni później na nowej skoczni Bergisel w Innsbrucku już w pierwszej serii odpala 134,5 m, ustanawiając tym samym rekord skoczni. W serii finałowej na luzie ląduje na 128 m, czym deklasuje drugiego Małysza o 23 „oczka”.

Dla niemieckich mediów był to układ idealny, bo dziennikarze od początku turnieju pompowali atmosferę właśnie na tym pojedynku.

– Ich rywalizacja została trochę nakręcona medialnie, bo po sukcesach Schmitta Niemcy mieli trudniejszy czas, a musieli jakoś pobudzić zainteresowanie, zwiększyć oglądalność. Z mojej perspektywy był to jednak czysty sport: kto lepszy, ten wygrywa – mówił kilka lat temu w rozmowie z Weszło Tomasz Pochwała, wówczas reprezentacyjny kolega Adama Małysza.

Sven Hannawald: Skok dla potomności

Wygrywając w Innsbrucku Niemiec zostaje jednak ósmym skoczkiem w historii, który wygrał pierwsze trzy konkursu Turnieju Czterech Skoczni. Przed nim tej sztuki dokonali Olav Bjørnstad, Helmut Recknagel, Max Bolkart, Toralf Engan, Bjoern Wirkola, Yukio Kasaya oraz Kazuyoshi Funaki. Ten ostatni przypadek miał miejsce w sezonie 1997/1998. Można powiedzieć, że „Hanni” już wtedy zaczął pisać swoją historię, bo wtedy to właśnie on wygrał ostatni konkurs w Bischofshofen.

W pierwszej serii skacze 139 m, dzięki czemu zwycięstwo ma już na wyciągnięcie ręki.
W przerwie między seriami – czyli dopiero po siedmiu turniejowych skokach – specjalny faks z gratulacjami wysyła mu już kanclerz Niemiec Gerhard Schröder. Hannawald przeczyta go po konkursie, w studio telewizji RTL.

Zanim to się jednak stanie, przed drugim skokiem tradycyjnie maksymalnie ogranicza kontakt z otoczeniem. Nie chce widzieć swojej rodziny, która licznie zgromadziła się pod skocznią, spławia też reportera niemieckiej telewizji, który prosi go o krótki komentarz przed najważniejszym skokiem w życiu.

Lider Niemców skupia się tylko na nim i kilkadziesiąt minut później kończy zabawę. W drugiej serii osiąga 131,5 m. Wygrywa przed Mattim Hautamäkim i Martinem Höllwarthem, ale kogo oni wtedy obchodzą? Liczy się tylko on. Pierwszy, który dokonał rzeczy przez pół wieku nieosiągalnej dla nikogo.

Po wszystkim przyzna dziennikarzom, że gdyby turniej potrwał jeszcze dzień dłużej, umarłby, albo stracił wszystkie włosy.

W 2002 r. zostaje wybrany sportowcem roku w Niemczech, a to, kogo zostawia w pokonanym polu, najlepiej pokazuje skalę popularności skoków w tym kraju. Drugi był Dirk Nowitzki, trzeci Michael Schumacher. Hannawald jest rozchwytywany przez media i reklamodawców, Niemcy widzą w nim „narciarskiego Beckhama”. Chociaż trzeba też przyznać, że jemu rola gwiazdora też przypada do gusty, chętnie dzieli się sobą z opinią publiczną.

Syndrom wypalenia

Ale już kilka tygodni później okazuje się, że to tylko poza, bo gigantyczna popularność go przerasta. Zaczyna unikać kamer, ludzi, na zgrupowaniach kadry snuje się jak duch, kiedy ma wolne, zamyka się w swoim ciasnym mieszkaniu w Hinterzarten. Każdy uraz, który wymusza przerwę w treningach, jest dla niego ulgą.

Treningi nie sprawiają mu już przyjemności, chociaż na sezon 2002/2003 paliwa jeszcze wystarczy. Zakończył go w generalce Pucharu Świata na drugim miejscu za Adamem Małyszem. Ale to wtedy też pojawiają się u niego pierwsze, już bardzo poważne stany depresyjne. Jest wypalony, kolejnego sezonu już nie kończy. W kwietniu 2004 r. trafia do prywatnej kliniki w Bad Grönenbach na południu Niemiec.

Słyszy tam diagnozę: – Brzmiała: „ciężki przypadek depresji z syndromem somatycznym, „nietypowa anorexia nervosa”, „wyraźny syndrom wypalenia”. Czy ten smutny opis mojego stanu był rachunkiem, który wystawiło mi moje dotychczasowe życie? – pytał w swojej autobiografii.

Pogromca mitu Turnieju Czterech Skoczni oficjalnie karierę kończy w 2005 r. Równowagę psychiczną odzyskuje dopiero po pięciu latach.

Jak mówi, dziś już nie budzi się w nocy niespokojny.

  1. Najsłynniejsza konferencja prasowa w historii sportu. „Mam HIV”
  2. Dokończą Premier League daleko poza Anglią? Szok, plany ujawnione!
  3. Zbigniew Boniek apeluje do piłkarzy. Te słowa się nie spodobają!
  4. Arkadiusz Milik przedstawił „szokujące” żądania. Naprawdę chce aż tyle?
  5. Reina miał koronawirusa. Wstrząsające wyznanie o przebiegu choroby

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here